STRONA GŁÓWNA
PATRON-TOMEK
PARTNERZY
GALERIA
KUP BILET
KONTAKT
HOME» aktualności
Trekking w Laponii – wszystkie odcienie zieleni 2012-01-18
“Umiejętność chodzenia na piechotę jest rodzajem twórczego daru.” (Jacques Lanzmann, “Szaleństwo marszu”).

Na szlakach Gór Skandynawskich między Parkiem Narodowym Abisko a Parkiem Narodowym Padjelanta łatwo można zanurzyć się w niemal niektniętej ludzką ręką przyrodzie i – z rzadka – spotkać podobnych poszukiwaczy czasu płynącego w zupełnie innym rytmie, niż ten, do jakiego przyzwyczaiła nas miejska dżungla. Dojmującym doświadczeniem stają się: cisza, niebo i woda. Cisza jest wszechobecna; niemal odwyka się od dźwięków mechanicznych. Niebo staje się spektaklem, którego zmienność zawstydza twórców nawet najbardziej wyrafinowanych efektów specjalnych. Woda – nie można od niej uciec. Przyroda zawsze uczy cierpliwości, pokory i wytrwałości. Nigdzie jednak ta nauka nie ma tak niepowtarzalnego smaku jak na szczycie Kebnekaise czy ledwo oznaczonym szlaku Nordkalottleden.

O bezkresnych przestrzeniach tundry, idealnych do uprawiania trekkingu ekstremalnego, który niemal całkowicie wyłączy nas z codzienności opowiedzą Anna Nacher i Marek Styczyński









zapiski z wyprawy /fragmenty/ A.Nacher

24.07.2011
Kolejny hardkor. Z ośmiu godzin pięć maszerowaliśmy już nie tylko w deszczu, ale wręcz w ulewie. Jeśli jest coś, co naprawdę znoszę z trudem, to wędrówka w kompletnie przemoczonych butach, w których chlupie woda. W szóstej godzinie walki z własnymi emocjami (czyli procesu otwierania się na niespodziewane i niepoddające się kontroli) dostrzegam wreszcie szansę - tutejsza pogoda w gruncie rzeczy wcale nie jest taka nieprzewidywalna. Jeśli spędziło się w górach niemal całe życie, to nawet najdrobniejsze symptomy szybko stają się czytelne także i tutaj. Niestety, wie się także, że nadciąga totalna zleja i nie ma co liczyć na łut szczęścia czy... właściwie na nic nie można liczyć poza nieuchronnym. To wtedy wszystko zaczyna nabierać smaku; być prawdziwe, realne, kanciaste i niewygodne. W piątej godzinie nieustannie lejącej się wody z góry i moczących zarośli z dołu następuje koniec wszelkiej filozofii, w szóstej jesteśmy zazwyczaj już kimś innym niż na początku trasy, następne godziny nie robią wielkiej różnicy. Wreszcie równie nieuchronnie nadciąga ten moment, kiedy gdzieś w oddali widać malutki skrawek błękitu, a deszcz jakby wytracał energię. Tutaj deszcz nie przestaje po prostu padać; stopniowo wygasa jego energia, co jest procesem niepozbawionym pewnego dramatyzmu, kolejnych powrotów i rezygnacji, niemniej jednak ten zanikający impet staje się wyraźnie wyczuwalny. Siadamy więc w końcu na kamieniach - szybko schnących w śmielej wyłaniającym się słońcu - i obserwujemy, jak otwiera się przestrzeń, która skrywała w chmurach i mgłach rozległe jezioro Vastenjaure.



28.07.2011
Złoty dzień. Spacer do wodospadu, lunch. Zupa grzybowa z własnoręcznie zebranych grzybów oraz glödkaka z tutejszego wypieku (zakupione w jedynym sklepie w wiosce, choć słowo "sklep" oznacza raczej składzik z najbardziej potrzebnymi artykułami w garażu jednego z mieszkańców). Po drodze popas: moroszka naprawdę już dojrzała! Nieustanne słońce na błękitnym niebie. Po powrocie z włóczęgi pluszczemy się w Virihaure, robimy pranie i schniemy na słońcu. Cola i 3,5% Norrlands Guild w nagrodę. Wieczorem nie wytrzymujemy, wychodzimy jednak na szczyt nad wioską - tym razem nagrodą są długo wyglądane rododendrony polarne. Realne przybiera postać meszek, które podstępnie wygryzają minimalne skrawki skóry - samo ukłucie nie boli, ale dzień później swędzi nie do wytrzymania. Następuje skrajna forma oszołomienia, zwłaszcza, jeśli pogryzą np. między placami stóp. Wiem już, o której zachodzi słońce - mniej więcej o 1.50, na jakąś godzinę, w trakcie której oczywiście jest zupełnie jasno.



30.07.2011
Tarraluopal leży na początku doliny Tarradalen, ostatnie schronisko o górskim charakterze. Nostalgia w "bramie", kiedy zaczęliśmy już schodzić ostro ku dolinie. Z górami trudno się czasem rozstać, żal za tą przestrzenią staje się wręcz namacalny i gniecie w żołądku i gardle. Z boku otwarło się niebo na Sarek, zza chmur zakrzyczało wreszcie pełnym głosem słońce, do tej pory ledwo-ledwo ujawniające swoją obecność, mieliśmy coś jakby Dolinę Pięciu Stawów, tylko w rozmiarze XXL i stawów było jakieś pięć setek, z zaroślami turzycy połyskującej w słońcu, z miękkimi zielonymi murawkami. Przed nami lśniły już jednak meandry rzeki i było wiadomo - rozstajemy się z górami.



Więcej o trekkingu Padjelanta na www.fragile.net.pl

Cały program festiwalu znajdziesz tutaj
Skomentuj ten artykuł





tu będziemy w 2015 roku »
tu byliśmy w 2014 roku »
tu byliśmy w 2013 roku »
tu byliśmy w 2012 roku »
tu byliśmy w 2011 roku »
wejdź do galerii Tomka »

Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer
partnerzy »
mugga

  © Bonawentura 2010 Created by PolClick.pl

Liczniki na bloga